Jedziemy na wycieczkę - pakujemy apteczkę

Jedziemy na wycieczkę - pakujemy apteczkę


Kiedy pytam znajomych o to, jak wygląda ich wyjazdowa apteczka, zawsze słyszę o tonie leków, które ze sobą zabierają. Mało który rodzic wspomina o podstawowych środkach opatrunkowych, a warto je mieć ze sobą. Przygotowując apteczkę na wyjazd, podobnie jak tą domową dzielę na dwie, a nawet trzy części. Osobno pakuję leki, osobno opatrunki i przygotowuję jeszcze jedną malutką saszetkę.

Jeżeli chodzi o apteczkę opatrunkową, to jej skład zawsze dostosowuję do miejsca w którym będziemy przebywać. W tym roku jedziemy w Tatry, więc apteczka będzie cały czas w naszym plecaku. Co wchodzi w jej skład?
  • rękawiczki nitrylowe (bo nie lubię lateksowych),
  • maseczka do resuscytacji,
  • kompresy jałowe 9x9 cm,
  • gaza ½ m,
  • bandaż dziany 5 cm,
  • bandaż dziany 10cm,
  • bandaż elastyczny 10cm,
  • chusta trójkątna,
  • siatka opatrunkowa,
  • plaster z opatrunkiem,
  • sól fizjologiczna 10ml,
  • gaziki nasączone alkoholem,
  • małe nożyczki,
  • kleszczołapki,
  • folia NRC.

Leki w naszej wyjazdowej apteczce to przede wszystkim:
  • środek przeciwgorączkowy (naszym przypadku ten dla dzieciaków przepisywany jest na receptę), 
  • środek na ból gardła, 
  • środek na biegunkę, 
  • wapno,  
  • probiotyk,  
  • elektorlity, 
  • środek przeciwko komarom i innym insektom, 
  • środek łagodzący skutki ukąszenia przez komary, 
  • termometr,
  • leki, które starszy dzieciak zażywa na stałe.
Wypoczywającym nad morzem czy jeziorem również proponuję wrzucić to torby mini apteczkę. Pewnie zastanawiacie się, co takiego może przytrafić się w tonach piachu? Wystarczy niewielki kawałek szkła, ostrzejszy kamień i rana czy też krwotok gotowy. Owszem wybierając się na strzeżone kąpielisko mamy do dyspozycji punkt medyczny wyposażony w sprzęt do ratownictwa, jednak dla małego dziecka spotkanie z ratownikiem może być stresujące, a posiadając niewielką saszetkę z podstawowymi opatrunkami, sytuację kryzysową możemy opanować sami.


Pamiętajcie aby żadnych leków nie podawać dziecku na własną rękę. Przed wyjazdem skontaktujcie się z pediatrą i wspólnie ustalcie rodzaj oraz dawki leków, które w razie choroby będziecie zmuszeni podać.

Gotową listę tego, co warto spakować do wakacyjnej apteczki znajdziecie TUTAJ
Góry z dzieckiem? Jak się prawidłowo przygotować.

Góry z dzieckiem? Jak się prawidłowo przygotować.


Tydzień. Tyle pozostało do naszego tegorocznego wakacyjnego wyjazdu. Po Pieninach i Karkonoszach w tym roku postanowiliśmy spędzić tydzień w Tatrach. Starszy Dzieciak pierwsze górskie kroki stawiał na szlakach tatrzańskich dolinek sześć lat temu. Młodszy pokonywał te same trasy albo w wózku, albo w nosidle - na plecach taty. Wybierając się w góry, zwłaszcza z dzieciakami musimy pamiętać o kilku bardzo ważnych rzeczach.

Po pierwsze i najważniejsze - PLANUJ. Miesiąc przed naszym wyjazdem (no dobra dużo, duuużo wcześniej) siadłam z przewodnikiem i mapą i zaczęłam zaznaczać miejsca, w które chciałabym zabrać dzieciaki. Trudność tras i ich długość zawsze dobieram pod kątem umiejętności najmłodszego – 6 letniego wędrowca.  Kiedy zaczynaliśmy nasze wędrówki czas przejścia pokazany na mapie podwajałam. Informacje na temat szlaków zawsze czerpię z przewodników, map, oraz z  Internetu. Z tego miejsca polecam facebookowy profil Góry z dzieckiem.

Wycieczka zaplanowana? Czas na PAKOWANIE PLECAKA. Wybierając się na wędrówkę z dziećmi musimy pamiętać o wielu elementach, zwłaszcza jeżeli zamierzamy na górskich szlakach spędzić cały dzień. W naszym plecaku znaleźć się muszą kurtki przeciwdeszczowe, skarpety dla wszystkich, komplet ubrania na zmianę dla malucha, nakrycie głowy, buty na zmianę, krem z filtrem UV, preparat na komary, chusteczki nawilżone. Co prawda ten etap już za nami ale wędrując z niemowlakiem w plecaku nie może zabraknąć pampersów, maty, na której malucha można przewinąć oraz worków na śmieci. Ilość wody, kanapek, owoców i ulubionych przekąsek również uzależniamy od długości trasy, którą chcemy pokonać. Oczywiście, w naszym plecaku nie może zabraknąć mapy, kompasu, a w przypadku całodniowych wędrówek - czołówki. Do plecaka zawsze mam doczepioną małą apteczkę.

Myśląc o górskich wędrówkach, nie możemy zapomnieć o ODPOWIEDNIEJ ODZIEŻY ORAZ OBUWIU zarówno dla nas, jak i dzieciaków. Podczas wędrówek po tatrzańskich dolinkach my mieliśmy na nogach niskie buty turystyczne, a Starszy Dzieciak wędrował w butach sportowych. Od trzech lat kupujemy dzieciakom buty turystyczne za kostkę, które świetnie sprawdzają się również w codziennym użytkowaniu wczesną wiosną czy późną jesienią, Nawet przy pięknej pogodzie w naszym plecaku, na samym dnie, spakowane są  lekkie spodnie turystyczne z długimi nogawkami i kurtki przeciwdeszczowe.

Jak już wcześniej wspomniałam kilka lat temu młodszy dzieciak tatrzańskie dolinki pokonywał w nosidle. Nasze było pożyczone i jeszcze w domu przymierzyliśmy młodą do nosidła i nosidło do taty. Czym kierować się przy wyborze nosidła? Po pierwsze bezpieczeństwem dziecka, po drugie wygodą dziecka, po trzecie wygodą rodzica. Pamiętajcie, że nosidła plecakowe dedykowane są dzieciom, które samodzielnie siedzą. Nosidło powinno posiadać certyfikat bezpieczeństwa i być wyposażone w pasy bezpieczeństwa, system zabezpieczający przed złożeniem w razie upadku oraz pokrowiec przeciwdeszczowy. Szerokie siedzisko z regulowaną wysokością, regulacja szelek, miękkie wyściełanie czy daszek zabezpieczający przed słońcem zapewnią maluchowi komfortowe warunki podczas wędrówki. Lekki stelaż, szeroki pas biodrowy, pas piersiowy ułatwią wędrówkę osobie, która niesie w nosidle dzieciaka. Więcej szczegółów dotyczących doboru nosidła znajdziecie, na wspomnianym już wcześniej profilu Góry z dzieckiem.

Odpowiednio ubrani, spakowani wyruszamy na górską wędrówkę. Dobrym zwyczajem jest zostawienie w miejscu noclegu informacji o planowanej trasie wycieczki oraz planowanym czasie powrotu. W telefonie warto zapisać numer alarmowy do GOPR/TOPR. Możesz również wyposażyć swojego smartfona w aplikację Ratunek.

Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć Wam udanych, górskich wędrówek. Tym czasem idę nas pakować. To będzie szalony tydzień!
Kamienie, kaski i wielkie "łaaaał" - czyli jak zdobywaliśmy Wodospad Kamieńczyka

Kamienie, kaski i wielkie "łaaaał" - czyli jak zdobywaliśmy Wodospad Kamieńczyka

Karpacz pokryty chmurami ale temperatura całkiem przyjemna. Wsiadamy do samochodu i jedziemy w stronę przebijającego się zza chmur słońca. Nasz cel to Wodospad Kamieńczyka, a w drodze powrotnej chcemy odwiedzić Hutę Szkła Julia w Piechowicach. Mijamy Szklarską Porębę i kierujemy się dalej Szosą Czeską w stronę Jakuszyc (droga krajowa numer 3). Parkingu, z którego zamierzamy rozpocząć naszą wędrówkę nie sposób ominąć. A nawet jeśli go przeoczycie kilometr dalej znajduje się kolejny parking, z którego również dotrzecie do wodospadu.

Szybka zmiana butów, dotroczenie do plecaka apteczki i ruszamy przed siebie. Wędrujemy czerwonym szlakiem (który na tym etapie biegnie łącznie ze szlakiem czarnym). Ścieżka od samego początku pokryta kamieniami, a że nocą padał deszcz gdzieniegdzie trafiają się kałuże. Dla Dzieciaków to żaden problem, wręcz przeciwnie - każdy większy kamień i bez mała każda kałuża to przeszkoda, którą trzeba pokonać (wskakując w sam jej środek). Młodszy Dzieciak dodatkowo ma za zadanie poszukiwać oznaczeń szlaku i pilnować czy wędrujemy w dobrym kierunku. Po kilkunastu minutach spokojnego spaceru docieramy do Rozdroża pod Kamieńczykiem. Tu krzyżują się trzy szlaki - czarny, czerwony oraz zielony. My kierujemy się szlakiem czerwonym i zgodnie z oznaczeniami na drogowskazie, za 15 minut powinniśmy być u celu.

Dalsza część wędrówki to podejście pod górę po kamienistym podłożu (suma przewyższeń wg mapy to 92 metry). Zgodnie z oznaczeniami, po 15 minutach docieramy do budki Karkonoskiego Parku Narodowego, w której opłacamy wejście do Wodospadu Kamieńczyka, przybijamy pieczątki, zakładamy na głowy otrzymane kaski i ruszamy schodami w dół Wąwozu Kamieńczyka. Nie wiem co na Dzieciakach zrobiło większe wrażenie - konieczność założenia kasków czy sam wodospad, którego górny próg znajduje się na wysokości 843 m. n. p.m. i spada trójstopniową kaskadą z wysokości ponad 27 metrów. Wąwóz, którym wędrujemy ma długość 100 metrów, a jego ściany osiągają ponad 25 metrów wysokości. Nad samym wodospadem spędzamy kilkanaście minut, a Dzieciaki zachwycone spadającą wodą postanawiają właśnie w tym miejscu zjeść mały posiłek.

Po wyjściu z wąwozu i oddaniu kasków postanawiamy zobaczyć wodospad od góry, a następnie kierujemy się do Schroniska Kamieńczyk po kolejne pieczątki. Po krótkim odpoczynku, posileni ruszamy w dół. Mijając budkę Karkonoskiego Parku Narodowego widzimy długi wężyk turystów czekających na możliwość zejścia do wodospadu - "mamo, jak dobrze że byliśmy tu wcześniej" - stwierdził Młodszy Dzieciak. Nasza rada - jeśli chcecie uniknąć tłumów na szlaku wyruszcie na wycieczkę jak najwcześniej.








Przydatne informacje:
  • Do Wodospadu Kamieńczyka dotrzecie ze Szklarskiej Poręby dwoma szlakami - czerwonym (z centrum miasta) oraz czarnym (biegnącym m.in. obok dolnej stacji kolejki na Szrenicę).
  • Opłata za udostępnienie Wąwozu Kamieńczyka (zwiedzanie) pobierana jest w punkcie Karkonoskiego Parku Narodowego i wynosi 6zł za bilet normalny oraz 3 zł za bilet ulgowy (dzieci do lat 7 zwolnione są z opłat).
  • Zejście do wąwozu możliwe jest w godz. 9:00 - 17:00

Przy okazji Kurozwęki

Przy okazji Kurozwęki

Do Kurozwęk dotarliśmy w pewną czerwcową niedzielę tuż po godzinie 14:00. Wyjazd nie był planowany. Wpadliśmy "przy okazji", wracając do domu z Chmielnika. Trafić na miejsce nie jest trudno. Jadąc zarówno od strony Chmielnika, Rakowa czy Staszowa do Pałacu zaprowadzą nas specjalnie przygotowane tablice. Po dojechaniu na miejsce skorzystać możemy z dwóch parkingów tuż przed samym Pałacem. Jeśli mam być szczera to przygotowana byłam na brak miejsc, bo przecież jest niedziela, godzina poobiednia, a i pogoda niczego sobie. Pierwszy z parkingów, na którym zostawiliśmy samochód był praktycznie pusty. Na drugim, mniejszym ale za to bliżej wejścia wolnych miejsc już nie było.

Po przekroczeniu kładki na rzece Czarna czekał na nas punkt, w którym kupiliśmy bilety wstępu na teren obiektu. W cenie biletu wstępu mamy możliwość skorzystania z placu zabaw oraz zwiedzenia mini zoo. Pozostałe atrakcje (zwiedzanie lochów, pałacu czy safarii bizon) są dodatkowo płatne. Ponieważ było już dość późno, a Dzieciaki spragnione były szaleństw na placu zabaw postanowiliśmy, że tym razem skorzystamy z największej atrakcji Kurozwęk - "Safari Bizon". Do odjazdu "Wozu Westernowego" mieliśmy 30 minut, więc Dzieciaki pognały czym prędzej na zjeżdżalnie. Placyk usytuowany jest wśród drzew. Są na nim dwie zjeżdżalnie z drewnianymi domkami i elementami do wspinania, huśtawki, dziupla w drzewie oraz stoliki i ławki przy których można usiąść i zjeść. Nieopodal są budki z pamiątkami i jedna budka z napojami i słodyczami.

Równo o 14:30 zasiedliśmy w specjalnie przygotowanej przyczepie. Dzieciaki pognały na sam przód, tuż za koła... traktora. Takim oto "wozem westernowym" ruszyliśmy wraz z przewodnikiem w głąb Kurozwęckich łąk, aby zobaczyć, jak to powiedział Młodszy Dzieciak - "duże krowy". Trochę trzęsło na wertepach, kurz spod kół traktora trafiał prosto w moją twarz ale dla Dzieciaków była to ogromna frajda. Po kilku minutach jazdy dotarliśmy do miejsca, gdzie bizony były na wyciągnięcie ręki. 25 minutowa wycieczka bardzo spodobała się Dzieciakom. Jeszcze kilka dni po niej opowiadały o małych bizoniętach, które widziały i tym co te zwierzęta robiły...

Pod koniec przejażdżki wozem Młodszy Dzieciak wyraźnie mnie poinformował, że koniecznie tu i teraz musi coś zjeść bo jest bardzo głodna i ona już dłużej nie wytrzyma. Gdy tylko nasz wóz się zatrzymał podeszłam do punktu informacyjnego, gdzie przemiła Pani powiedziała nam, gdzie co się znajduje. I tak, w Kurozwękach skorzystać możemy z Pałacowej Restauracji, kawiarni mieszczącej się w budynku dawnej Oranżerii oraz Pizzerii Ancona. Dzieciaki zadecydowały, że skoro to wycieczka, to idziemy na pizzę. Pizzeria mieści się w bocznej części Pałacu. Dzięki pięknej pogodzie nasz obiad zjedliśmy w Pałacowym dziecińcu. A pizza? Duża, na cienkim cieście, z dużą ilością składników, w przyzwoitej cenie. Była całkiem smaczna, choć jadałam lepsze.

Posileni udaliśmy się do mini zoo. Dzieciaki biegały po wytyczonych ścieżkach i zgadywały jakie zwierzęta mieszkają w danym miejscu. Rozpoczęły od strusia Zosi, później były lamy, króliki, szop, owce, kozy, dziki, konie i kucyki oraz świnki wietnamskie, z którymi krótką pogawędkę uciął sobie Młodszy Dzieciak. W mini zoo mieszkają również różne gatunki ptactwa domowego, gęsi, kaczki, kury, które można karmić zakupionym tuż przy klatkach ziarnem. Gdy wszystkie zwierzęta w minii zoo zostały przez Dzieciaki odnalezione Młodszy Dzieciak krzycząc "zjadę tylko dwa razy" obrał kierunek na plac zabaw.

To oczywiście nie wszystkie atrakcje tego miejsca. Dzieciaki były już zmęczone całodniową wycieczką i niestety nie udało nam się namówić ich na zwiedzanie lochów, w których obejrzeć można reprodukcje broni rycerskiej oraz zabytki znalezione podczas porządkowania piwnic czy Pałacowego Muzeum. W naszym odczuciu Kurozwęki do wspaniałe miejsce z wieloma atrakcjami zarówno dla dzieci, jak i dorosłych, do którego na pewno wrócimy.












Przydatne informacje:
  • Parkingi przy pałacu są darmowe.
  • Wstęp na teren pałacu jest płatny - 4zł osoba dorosła, 3 zł dziecko. Maluchy do lat 4 mają wstęp darmowy. 
  • Atrakcje takie jak zwiedzanie lochów, pałacu czy safarii bizon są dodatkowo płatne – cennik znajdziecie TUTAJ.
  • Więcej na temat Pałacu oraz atrakcji, miejsc noclegowych i tego jak trafić do Kurozwęk znajdziecie TUTAJ.

Poszliśmy w góry (...) zaczął padać deszcz - jak zdobywaliśmy Mały Staw i schronisko Samotnia

Poszliśmy w góry (...) zaczął padać deszcz - jak zdobywaliśmy Mały Staw i schronisko Samotnia

Obudziły mnie zaglądające do hotelowego pokoju promienie słońca. Niemożliwe - pomyślałam. W trzech portalach internetowych prognozowali, że w Karpaczu będzie pochmurno i należy spodziewać się przelotnych opadów deszczu. Bardzo mnie to ucieszyło, bo na dziś planowaliśmy wycieczkę do schroniska Samotnia. Z Karpacza, w to niezwykle urokliwe miejsce dotrzeć możecie kilkoma szlakami turystycznymi - najłatwiejszym - niebieskim, spod Kościółka Wang, Torem Saneczkowym (przebiegającym obok wyciągu na Kopę), czyli szlakiem żółtym, a następnie niebieskim, "Drogą Bronka Czecha" - szlakiem zielonym, a następnie niebieskim, Drogą Śląską - szlakami czarnym, żółtym i niebieskim. Siedząc nad mapą i wybierając szlak, którym będziemy wędrować do Małego Stawu (nad jego brzegiem znajduje się schronisko Samotnia) pod uwagę braliśmy najłatwiejszy, a co za tym idzie najpopularniejszy szlak niebieski oraz drogę "Torem Saneczkowym". Padło na to drugie - czyli szlak żółty, a następnie niebieski.

Wędrówkę rozpoczęliśmy na ulicy Olimpijskiej. To tam zaparkowaliśmy samochód i udaliśmy się w kierunku Dzikiego Wodospadu. Przyglądamy się przez chwilę opadającym kaskadom, które powstały w wyniku spiętrzenia wód rzeki Łomnica, robimy zdjęcia i ruszamy dalej. Młodszy Dzieciak odnajduje na pobliskim słupie oznaczenie żółtego szlaku i w ten sposób nadaje kierunek naszej wędrówce. Jeszcze tylko zakup biletów wstępu do Karkonoskiego Parku Narodowego, przybicie pieczątek i ruszamy. Pod górę.

Szeroka, ubita droga którą wędrujemy prowadzi przez las, a w oddali słyszymy najpierw szum wód Łomnicy, a następnie Złotego Potoku. Im dalej od Dzikiego Wodospadu droga staje się coraz trudniejsza. Choć wędrujemy po ubitym podłożu, pozbawionym jakichkolwiek przeszkód w postaci kamieni czy korzeni drzew, we znaki dają nam się podejścia (różnica wzniesień na tym szlaku wynosi 467m). Niezrażeni wędrujemy przed siebie, co jakiś czas odwracając głowy spoglądamy na panoramę Karpacza i dostrzegamy pojawiające się nad nami ciemne chmury. Im bliżej celu tym większe mamy wrażenie, że właśnie w tych chmurach wędrujemy. Pogoda, jak to niestety w górach bywa spłatała nam figla. Zrobiło się znacznie chłodniej niż na początku wędrówki, a opadająca na nas mgła przeistoczyła się w mżawkę. Z plecaka wyjmujemy kurtki, a czapki które początkowo miały nas chronić przed słońcem stają się ochronom przed deszczem. Patrzę na twarze Dzieciaków, które posmutniały i proponuję zawrócenie z trasy. Od razu słyszę stanowczy sprzeciw. "Mamooo przecież to mały deszczyk, mżawka taka, mój szoftszel jest suchy" - informuje mnie Młodszy Dzieciak. Po niespełna 10 minutach od tej rozmowy i ostatnim wzniesieniu docieramy do schroniska Strzecha Akademicka. Wchodzimy do środka tylko po pieczątki, a tuż po wyjściu Dzieciaki zauważają... tęczę. Przed nami jeszcze 10 minut, tym razem w dół ale po mokrych i śliskich kamieniach. Wreszcie naszym oczom ukazuje się Kocioł Małego Stawu i sam Mały Staw. Z ust Starszego Dzieciaka wydobywa się ciche "o łaaaał"... Widok byłby o wiele piękniejszy, gdyby nie zachmurzenie i ciągle padająca mżawka.

Wchodzimy do schroniska Samotnia i zamawiamy herbatę. Z plecaka wyjmujemy łakocie i oczywiście przybijamy pieczątki. Samo schronisko wywarło na nas ogromne wrażenie. W jego drewnianych wnętrzach spędzamy jakieś 30 minut. Ponieważ ilość turystów wchodzących do środka z każdą minutą wzrasta, postanawiamy wracać.

Droga powrotna upłynęła nam w znacznie milszej atmosferze. Starszy Dzieciak pędził w dół niczym mały samochodzik "Dzieciaku nie tak szybko, bo się wywrócisz" - wołałam. "Mamo ale moje nogi nie chcą się zatrzymać" - usłyszałam. Idąc z Młodszym Dzieciakiem ułożyłyśmy piosenkę: "Poszliśmy w góry, oglądać chmury, zaczął padać deszcz. Wyszło słoneczko, pojawiła się tęcza, znów padał deszcz. Zbiegamy z górki, na pazurki. Przestał padać deszcz".

Wędrujący z Karpacza w stronę Strzechy Akademickiej turyści, ubrani w krótkie spodenki i t-shirty patrzyli na nas dość podejrzliwie. Nadal mieliśmy na sobie kurtki oraz długie spodnie. Myślę, że nie spodziewali się aż takiego pogorszenia pogody. A, że pogoda w górach jest bardzo zmienna, wychodząc na szlak, nawet gdy w miejscu z którego wyruszamy świeci piękne słońce do plecaka trzeba spakować kurtki przeciwdeszczowe, bluzy, spodnie. Ja dodatkowo w plecaku mam skarpety na zmianę i dodatkowe spodnie, na wypadek gdybyśmy przemokli.

Gdy zeszliśmy do Karpacza przywitało nas piękne słońce! W nagrodę za dzielne wędrowanie popołudnie Dzieciaki spędziły w Parku Bajek w Karpaczu.









Przydatne informacje:
  • Opłata za wstęp do Karkonoskiego Parku Narodowego wynosi - 6 zł bilet normalny, 3 zł bilet ulgowy (dzieci do lat 7 zwolnione są z opłat).
  • Szlak żółty, którym wędrowaliśmy nie jest trudny, jednak w znacznej części to same podejścia.
Copyright © 2014 Dzieciaki podróżują , Blogger